52 TYGODNIE PÓŹNIEJ
Nie miałem planu. Nie miałem celu. Nie miałem nawet specjalnego powodu.
Po prostu pewnego dnia wstałem z łóżka i pomyślałem:
„A może sprawdzę, czy dam radę?”
Nie wiedziałem jeszcze, że ta jedna decyzja zmieni kolejne 52 tygodnie mojego życia.
Pojechałem na miejsce.
Stanąłem w kolejce.
I czekałem.
Kiedy w końcu przyszła moja kolej, udało mi się kupić ostatni dostępny pakiet startowy.
No to już nie było odwrotu.
Pobiegłem.
15. Bieg Częstochowski
10 kilometrów.
Ja: prawie 110 kilogramów, zero przygotowania, zero kondycji i raczej niewielkie doświadczenie w podejmowaniu rozsądnych decyzji dotyczących biegania.
Dobiegłem jako jeden z ostatnich.
Ale tego dnia nie miało to żadnego znaczenia.
Bo po raz pierwszy od dawna zrobiłem coś, co było dla mnie trudne i nie odpuściłem w trakcie.
Nie poddałem się, kiedy zaczęło boleć.
Nie zatrzymałem się dlatego, że było ciężko.
Dobiegłem.
I chyba właśnie wtedy wygrałem życie.
52 tygodnie później…

Dzisiaj, 13 wrześnie 2026 wystartowałem w 16. Biegu Częstochowskim.
I kiedy stałem na starcie, trudno było nie pomyśleć o tym, gdzie byłem dokładnie rok wcześniej.
Przez te 52 tygodnie nie było ani jednego tygodnia, w którym nie poszedłbym pobiegać.
Ani jednego.
Nieważne, czy było -30°C i zamarzały gile w nosie.
Czy +30°C i pociłem się na samą myśl o wyjściu z domu.
Były dni, kiedy chciało mi się biegać.
Były też takie, kiedy absolutnie nie miałem ochoty się męczyć.
Ale wychodziłem.
Bo po tamtych pierwszych 10 kilometrach zrozumiałem jedną rzecz:
najtrudniej jest zacząć.
Potem trzeba tylko zrobić to jeszcze raz.
I jeszcze raz.
I kolejny.
A potem znowu.
Kiedy zaczynałem, ważyłem prawie 110 kilogramów.
Dzisiaj ważę około 15 mniej.
Lepiej się czuję.
Mam więcej energii.
Mam lepszą kondycję.
A bieganie, które rok temu było dla mnie próbą sprawdzenia, czy w ogóle dam radę, dzisiaj jest po prostu świetną zabawą.
I po drodze wydarzyło się naprawdę dużo.
Poznałem masę świetnych ludzi.
Dołączyłem do 034 Run Club.
Odkryłem cały świat biegowych marek, których wcześniej nawet nie znałem.
Przekonałem się, że można mieć zdecydowanie za dużo biegowych ciuchów, ale jednocześnie zawsze znaleźć powód, żeby kupić kolejną rzecz.
Przebiegłem dwa półmaratony.
Za chwilę pobiegnę kolejny.
I chyba najbardziej podoba mi się to, że kompletnie nie wiem, dokąd mnie to wszystko jeszcze zaprowadzi.
Mogłem nadal mówić „za rok”
Bo przecież mogłem nic nie zrobić.
Mogłem rok temu wrócić do domu i powiedzieć:
„Dobra, spróbowałem”.
Mogłem uznać, że bieganie nie jest dla mnie.
Mogłem powiedzieć:
„Za rok będę w lepszej formie”.
Tak jak mówi to mnóstwo ludzi.
I za rok nadal byłbym dokładnie w tym samym miejscu.
Tylko że rok minąłby tak czy inaczej.
Ja postanowiłem go wykorzystać.
I dzisiaj jestem dokładnie w tym miejscu, o którym rok temu mogłem tylko pomarzyć.
Nie dlatego, że miałem perfekcyjny plan.
Nie dlatego, że zawsze miałem motywację.
Nie dlatego, że każdego dnia chciało mi się ruszać.
Po prostu pewnego dnia wstałem z łóżka.
Pojechałem.
Stanąłem w kolejce.
Kupiłem ostatni pakiet.
I pobiegłem.
A potem robiłem to przez kolejne 52 tygodnie.
Nie wiem, co będzie za następne 52.
Może kolejny półmaraton.
Może maraton.
Może jeszcze szybsze 10 kilometrów.
A może po prostu kolejne kilometry, kolejne znajomości i kolejna porcja frajdy.
Na razie nie muszę tego wiedzieć.
Bo rok temu chodziło tylko o jedno:
sprawdzić, czy dam radę.
Dzisiaj już wiem.
Dałem.
I lecimy dalej.
