Culture

GEN Z ZABIŁO APARATY FOTOGRAFICZNE?

przeciętny telefon robi zdjęcie, poprawia ekspozycję, wyciąga cienie, składa HDR, rozpoznaje twarz...

Aparaty miały umrzeć.

Właściwie już kilka razy.

Najpierw zabiły je smartfony.

Potem fotografia obliczeniowa.

Potem Instagram.

Potem AI.

A teraz przeciętny telefon robi zdjęcie, poprawia ekspozycję, wyciąga cienie, składa HDR, rozpoznaje twarz, usuwa typa w czerwonej kurtce z drugiego planu i jeszcze pyta, czy nie chciałbyś od razu zrobić z tego rolki.

Więc oczywiście wydarzyła się najbardziej logiczna rzecz na świecie.

Młodzi ludzie zaczęli kupować aparaty.

I to na tyle skutecznie, że rynek kompaktów, który jeszcze niedawno wyglądał jak dział z odtwarzaczami MP3, znowu rośnie.

Tylko jest jeden szczegół.

MYŚL / 01

Gen Z niekoniecznie chce aparatu, który wygląda jak czarna skrzynka zaprojektowana przez dział Excela.

Chce aparatu, który jest fajny.

Fujifilm chyba coś zauważyło

Kilka dni temu pojawiły się bardzo ciekawe dane dotyczące użytkowników systemu Fujifilm X.

Ponad 70% użytkowników ma 30 lat lub mniej. Około 40% stanowią kobiety.

To nie jest mała różnica demograficzna. To jest potężna wskazówka dotycząca tego, co dzieje się obecnie z fotografią.

Tym bardziej, że Fujifilm faktycznie rośnie.

Według danych przytaczanych przez PetaPixel firma zwiększyła roczne dostawy aparatów cyfrowych z około 430 tysięcy sztuk w 2023 roku do 1,16 miliona w 2025. Sama produkcja aparatów serii X wzrosła w podobnym okresie z około 380 do 750 tysięcy sztuk.

I można oczywiście powiedzieć:

„No tak, bo Fujifilm robi dobre aparaty”.

Robi.

Tylko Sony też robi dobre aparaty.

Canon robi dobre aparaty.

Nikon robi dobre aparaty.

W 2026 roku naprawdę trudno kupić zły aparat.

Problem polega na tym, że dobry aparat przestał być wystarczającym powodem, żeby chcieć aparat.

Bo po co Ci aparat, skoro masz telefon?

To jest pytanie, z którym branża fotograficzna walczy od kilkunastu lat.

I długo odpowiadała mniej więcej tak:

bo większa matryca.

Bo lepszy autofocus.

Bo RAW.

Bo wymienne obiektywy.

Bo 14 klatek na sekundę.

Bo dwa sloty na kartę.

Bo 6K open gate.

Wszystko prawda.

Tylko spróbuj tym przekonać dwudziestolatka, który właśnie zrobił telefonem świetne zdjęcie, wrzucił je na Instagram i zebrał 800 lajków, zanim zdążyłeś wyciągnąć czytnik kart z plecaka.

Telefon wygrał w kategorii:

najwygodniejsze urządzenie do robienia zdjęć.

I raczej już tej kategorii nie odda.

Więc aparaty musiały znaleźć sobie inną.

Fujifilm nie sprzedaje tylko jakości zdjęcia

Sprzedaje frajdę z robienia zdjęcia.

I to jest ogromna różnica.

Masz pokrętła.

Klikasz nimi.

Masz wizjer.

Masz spust migawki.

Masz symulacje filmów.

Classic Chrome.

Acros.

Velvia.

Reala Ace.

Wybierasz jakiś przepis znaleziony w internecie, ustawiasz aparat i nagle nie zastanawiasz się, jak później będziesz obrabiał RAW.

Po prostu idziesz robić zdjęcia.

Brzmi banalnie?

Pewnie.

Ale właśnie tego przez lata brakowało w rozmowie o aparatach.

Przyjemności.

Prezes działu Electronic Imaging Fujifilm, Yuji Igarashi, powiedział w tym roku DPReview coś bardzo ciekawego: w fotografii chodzi również o to, czy można zapewnić człowiekowi przyjemne doświadczenie podczas powstawania zdjęcia.

Nie tylko efekt końcowy.

Sam proces.

I nagle zaczyna być jasne, dlaczego Fujifilm tak dobrze dogaduje się z młodszymi użytkownikami.

Aparat znowu może być przedmiotem, który chcesz mieć

Popatrz na X100VI.

Obiektywnie jest trochę absurdalny.

Stały obiektyw 35 mm.

Nie zmienisz szkła.

Nie masz zoomu.

Kosztuje niemało.

A przez długi czas kupienie go graniczyło z cudem.

Fujifilm przyznało nawet, że planowało produkować dwa razy więcej X100VI niż poprzedniego modelu, a mimo to nie było w stanie nadążyć za popytem.

Dlaczego?

Bo X100VI robi coś, czego przez lata producenci elektroniki kompletnie nie doceniali.

Wygląda jak rzecz, którą chcesz posiadać.

Nie tylko używać.

Posiadać.

Położyć na stole.

Wrzucić do torby.

Zabrać na miasto.

I tak, możemy udawać, że design nie ma znaczenia, bo prawdziwy fotograf zrobi dobre zdjęcie pudełkiem po butach.

Super.

Tylko jakoś dziwnym trafem pudełka po butach nie wyprzedają się na pół roku do przodu.

I tu zaczyna robić się ciekawie

Bo Fujifilm nie jest jedynym przykładem.

Ricoh GR ma status kultowego aparatu ulicznego.

Canon G7 X przez social media dostał drugie życie.

Stare Coolpixy i Cyber-shoty wróciły z szuflad.

Młodzi kupują stare cyfrówki z matrycami, z których jeszcze niedawno śmialiśmy się, że szumią przy ISO 800.

Fotografia analogowa nadal żyje.

Instaxy sprzedają się świetnie.

A według danych CIPA w 2025 roku dostawy aparatów kompaktowych wzrosły o prawie 30 procent, a ich wartość o niemal 50 procent.

W pierwszej połowie 2026 roku kompakty nadal rosły rok do roku.

Czyli nie mówimy już tylko o TikTokowym trendzie trwającym trzy weekendy.

Coś faktycznie się zmienia.

Perfekcyjne zdjęcie zrobiło się trochę nudne

I tu mam swoją teorię.

Telefon zrobił fotografii coś bardzo ciekawego.

Sprawił, że poprawne zdjęcie stało się banalnie łatwe.

Ekspozycja będzie dobra.

HDR będzie dobry.

Twarz będzie jasna.

Niebo nie będzie przepalone.

Kolory będą przyjemne.

Zdjęcie będzie ostre.

Każde.

Za każdym razem.

I być może właśnie dlatego zaczęliśmy tęsknić za rzeczami, które są trochę mniej perfekcyjne.

Ziarnem.

Flarem.

Przepaleniem.

Lampą walącą prosto w mordę.

Kolorem, który niekoniecznie jest „poprawny”.

Zdjęciem wyglądającym jak zdjęcie, a nie jak wynik pracy piętnastu algorytmów próbujących ustalić, jak powinien wyglądać zachód słońca.

To trochę zabawne.

Przez dwadzieścia lat rozwijaliśmy aparaty cyfrowe, żeby zdjęcia były coraz bardziej idealne.

A kiedy już prawie osiągnęliśmy ideał…

zaczęliśmy dodawać filtry, żeby znowu wyglądały gorzej.

I dlatego film simulations są genialne

Technicznie nie ma w nich żadnej magii.

To profile obrazu.

Ale marketingowo i kulturowo są genialne.

Bo Fujifilm nie mówi:

PROVIA ma taki i taki response curve.

Mówi: Velvia. Classic Chrome. Acros. Nazwa. Charakter.

Estetyka.

Wybierasz nie parametr.

Wybierasz look.

I nagle fotografia staje się bliższa modzie, muzyce czy sneakersom niż informatyce.

Nie pytasz wyłącznie:

„Który aparat ma lepszy autofocus?”

Pytasz:

„Który bardziej mi się podoba?”

Dla starej szkoły internetowych forów fotograficznych to niemal herezja.

I bardzo dobrze.

Nie chodzi nawet o retro

Bo najłatwiej byłoby sprowadzić wszystko do:

GEN Z LUBI RETRO.

I cyk, artykuł skończony.

Tylko moim zdaniem chodzi o coś więcej.

Spójrz na Sigmę BF.

To aparat wyglądający bardziej jak przedmiot z przyszłości niż Leica twojego dziadka.

A jednak stoi za nim podobna filozofia.

Minimalizm.

Doświadczenie.

Charakter.

Świadome ograniczenia.

Przedmiot, który ma wywoływać jakąś reakcję.

Bo konkurencją aparatu nie jest już tylko inny aparat.

Konkurencją jest iPhone znajdujący się już w Twojej kieszeni.

Jeżeli mam wydać kilka albo kilkanaście tysięcy złotych na dodatkowe urządzenie, to ono musi dać mi coś więcej niż:

12% lepszy autofocus niż rok temu.

Musi sprawić, że będę chciał je zabrać.

Ograniczenia znowu są sexy

I chyba to jest mój ulubiony fragment całej tej historii.

Przez lata rozwój fotografii polegał na usuwaniu ograniczeń.

Więcej ISO.

Więcej megapikseli.

Więcej obiektywów.

Więcej klatek.

Więcej automatyki.

Więcej wszystkiego.

A teraz popularność zdobywają aparaty mówiące:

MYŚL / 02

masz jeden obiektyw. masz jedno urządzenie. idź robić zdjęcia!

X100VI nie pozwala założyć 85 mm.

Ricoh GR nie pozwala zrobić wszystkiego.

Stara cyfrówka z 2007 roku zdecydowanie nie pozwala zrobić wszystkiego.

I może właśnie dlatego są fajne.

Bo czasami kreatywność nie potrzebuje kolejnych możliwości.

Potrzebuje kilku możliwości mniej.

Smartfon nie zabił aparatu

Zabił aparat jako konieczność.

I to jest różnica.

Kiedyś potrzebowałeś aparatu, żeby robić zdjęcia.

Dzisiaj nie potrzebujesz go absolutnie do niczego.

Masz telefon.

Dlatego jeśli kupujesz aparat w 2026 roku, robisz to z zupełnie innego powodu.

Bo lubisz fotografować.

Bo chcesz patrzeć przez wizjer.

Bo lubisz kliknięcie migawki.

Bo chcesz mieć zdjęcia wyglądające inaczej.

Bo aparat sprawia, że wychodzisz z domu i zaczynasz szukać kadrów.

Bo po prostu jest fajny.

I paradoksalnie może być to najlepsza rzecz, jaka przydarzyła się fotografii od dawna.

Aparat przestał być urządzeniem, które musimy mieć.

Znowu może być przedmiotem, który chcemy mieć.

Gen Z nie zabiło aparatów

Smartfony zrobiły jedną rzecz bezlitośnie dobrze.

Pozbyły się z rynku aparatów, których jedyną przewagą nad telefonem było to, że były aparatami.

I bardzo dobrze.

Bo jeżeli osobne urządzenie ma przeżyć w świecie, w którym każdy z nas nosi świetny aparat w kieszeni, musi mieć charakter.

Musi dawać inne doświadczenie.

Musi sprawiać frajdę.

Musi być trochę niepotrzebne.

Trochę emocjonalne.

Trochę nieracjonalne.

Trochę jak winyl.

Trochę jak mechaniczny zegarek.

Trochę jak sneakersy, których absolutnie nie potrzebujesz, ale i tak wiesz, kiedy jest drop.

I może dlatego młodzi ludzie nie odwrócili się od fotografii.

Po prostu nie interesuje ich aparat zaprojektowany jak sprzęt biurowy z obiektywem.

Gen Z nie zabiło aparatów.

Zabiło nudne aparaty dla starych ludzi.

I chyba wreszcie producenci zaczynają to rozumieć.

Fotoziomek - podpis autora

DOBRE RZECZY IDĄ DALEJ

SIADŁO?
PODAJ DALEJ.

Znasz kogoś, kogo też to kręci? Podeślij mu ten tekst.