Culture

NEW BALANCE POTRAFI W RUNNING CULTURE

Dzisiaj największe rzeczy w bieganiu dzieją się nie tylko między startem a metą.

Bieganie dawno przestało kończyć się na mecie. Run cluby, wspólne treningi, fotografia, design, muzyka, wydarzenia i całe społeczności powstające wokół sportu pokazują, że running culture ma się świetnie. A New Balance jest jednym z ciekawszych przykładów marki, która naprawdę to zrozumiała.

Bieganie ma się dobrze.

Ale kultura wokół biegania chyba jeszcze lepiej.

Jeszcze kilka lat temu duża impreza biegowa kojarzyła mi się przede wszystkim z samym startem. Odbierasz pakiet, przypinasz numer, biegniesz, dostajesz medal, wracasz do domu i przez następne dwa dni schodzisz po schodach bokiem.

Dzisiaj sam bieg coraz częściej jest tylko środkiem całego wydarzenia.

Przed nim jest shakeout.

Po nim recovery.

Pomiędzy są spotkania, muzyka, zdjęcia, jedzenie, premiery produktów, wspólne kibicowanie i przede wszystkim ludzie, którzy chcą spędzać ze sobą czas również wtedy, kiedy akurat nie próbują poprawić życiówki.

Wokół najprostszej aktywności świata powstała cała kultura.

I chyba właśnie to interesuje mnie w bieganiu najbardziej.

Nie tylko to, jak szybko można przebiec dziesięć kilometrów.

Ale wszystko, co wydarzyło się dookoła.

BIEGANIE DOSTAŁO SWÓJ ŚWIAT

Run club przestał być grupą ludzi spotykających się we wtorek pod stadionem.

Dzisiaj może mieć własną identyfikację, koszulki, fotografa, playlistę, miejsce spotkań i społeczność, która pojedzie razem na zawody do innego miasta.

Duży bieg też przestał być wydarzeniem trwającym od wystrzału startera do przekroczenia mety.

Coraz częściej zaczyna się kilka dni wcześniej.

I trwa jeszcze długo po tym, kiedy organizatorzy zwiną ostatnią barierkę.

Trochę przypomina to rzeczy, które wcześniej wydarzyły się wokół skateboardingu, surfingu czy koszykówki.

Sport pozostaje fundamentem.

Ale wokół niego pojawia się moda, fotografia, design, muzyka, podróże, własny język, miejsca i przede wszystkim ludzie.

I właśnie tutaj pojawia się New Balance.

PIERWSZY RAZ TRAFIŁEM TAM W MARCU

W marcu pojechałem do Warszawy pobiec swój pierwszy półmaraton.

I przy okazji trafiłem do New Balance Run House.

Nie znałem tego miejsca z prezentacji marketingowej. Nie analizowałem wcześniej strategii marki.

Po prostu byłem biegaczem, który przyjechał na swój pierwszy półmaraton i chciał zobaczyć, co dzieje się wokół biegu.

I okazało się, że dzieje się całkiem sporo.

Można było przyjść na shakeout, spotkać ludzi, przetestować sprzęt, zrobić recovery, przygotować transparenty dla kibiców albo po prostu chwilę posiedzieć.

Sam bieg był następnego dnia.

Ale kultura wokół niego już trwała.

I to zostało mi w głowie.

PÓŁ ROKU PÓŹNIEJ

Mija kilka miesięcy.

Warszawa przygotowuje się do Maratonu Warszawskiego.

I Run House pojawia się ponownie.

Tym razem w Pałacu Kultury i Nauki.

Znowu są wspólne aktywności, rozmowy, muzyka, testowanie sprzętu, shakeout, mobility i wspólne kibicowanie.

I właśnie za drugim razem zacząłem patrzeć na to trochę inaczej.

Bo pojedynczy event można zrobić właściwie zawsze.

Ale kiedy podobne miejsca i aktywności zaczynają regularnie pojawiać się wokół kolejnych dużych biegów, przestają być tylko dodatkiem do zawodów.

Stają się częścią rytuału.

Jedziesz na duży bieg.

Odbierasz pakiet.

Spotykasz ludzi.

Idziesz na shakeout.

Wpadasz do Run House.

Następnego dnia biegniesz.

Potem wracasz świętować.

Sam start nadal jest najważniejszy.

Ale już nie jest wszystkim.

TO NIE JEST WARSZAWSKI POMYSŁ

I tutaj warto zrobić krok w tył.

Bo Run House nie jest formatem wymyślonym specjalnie na Maraton Warszawski.

New Balance robi podobne rzeczy również przy dużych biegach poza Polską.

W kwietniu podczas London Marathon marka otworzyła London Run House w Somerset House.

W jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc Londynu powstała przestrzeń dla biegaczy. Były wspólne aktywności, spotkania, możliwość sprawdzenia sprzętu i wydarzenia towarzyszące całemu maratońskiemu weekendowi.

Mechanizm właściwie ten sam.

Duży bieg jest centrum.

Ale wszystko, co dzieje się wokół niego, zaczyna być równie interesujące.

I właśnie porównanie Londynu z Warszawą jest dla mnie w tym wszystkim najciekawsze.

Bo jeszcze nie tak dawno, patrząc na running culture, streetwear czy szerzej kulturę kreatywną, można było mieć w Polsce poczucie oglądania świata przez szybę.

Londyn coś robił. Paryż coś robił. Kopenhaga coś robiła.

A my czekaliśmy kilka lat, aż podobny pomysł dotrze również tutaj.

Zazwyczaj trochę później.

Trochę mniejszy.

I najlepiej z roll-upem przy wejściu.

Tutaj tego opóźnienia właściwie nie ma.

W Londynie masz Run House.

W Warszawie masz Run House.

Tam ludzie spotykają się przed dużym biegiem.

Tutaj robią dokładnie to samo.

Tam wokół maratonu powstaje cały weekend aktywności i spotkań.

Tutaj również.

Oczywiście skala Londynu i Warszawy jest inna. Nie ma sensu udawać, że Maraton Warszawski nagle stał się London Marathon.

Ale kultura nie musi mieć tej samej skali, żeby wydarzać się w tym samym czasie.

I to jest dla mnie jedna z najfajniejszych rzeczy w tym, co obecnie dzieje się z bieganiem w Polsce.

Nie oglądamy już running culture wyłącznie na Instagramie ludzi z Londynu, Paryża czy Nowego Jorku.

Jesteśmy jej częścią.

POLSKA JUŻ NIE CZEKA

I nie chodzi przecież wyłącznie o New Balance.

W polskich miastach powstają run cluby z własną identyfikacją i społecznością.

Organizowane są shakeouty przed zawodami.

Ludzie podróżują razem na biegi.

Fotografowie dokumentują treningi i zawody.

Pojawiają się lokalne marki i projekty wyrastające bezpośrednio z tego środowiska.

Bieganie zaczyna mieć swoje miejsca, twarze i własny język.

I chyba najbardziej cieszy mnie właśnie to, że nie potrzebujemy już dopisywać pod tym „inspired by Copenhagen”.

Nie wszystko musi przyjechać do nas trzy sezony później.

Czasami Londyn robi swoje.

Warszawa robi swoje.

A w sobotę rano w obu miastach grupa ludzi zakłada buty, spotyka się i idzie razem pobiegać.

Brzmi banalnie.

Ale jeszcze kilka lat temu wcale takie nie było.

NEW BALANCE MA TU TROCHĘ ŁATWIEJ

Umówmy się, New Balance nie zaczyna tej zabawy z pozycji marki produkującej od trzydziestu lat wyłącznie buty dla maratończyków.

Oni już byli w modzie.

990 nie potrzebuje numeru startowego, żeby ktoś chciał go kupić. 1906R czy 2002R od dawna funkcjonują daleko poza światem sportu.

New Balance ma za sobą dekady obecności w sneakersach, modzie i streetwearze.

Więc kiedy samo bieganie zaczęło przesuwać się w stronę lifestyle’u, marka nie musiała walić młotkiem w ścianę.

Drzwi były już otwarte.

I być może właśnie dlatego Run House nie wygląda jak nagła próba przekonania ludzi, że New Balance też jest teraz częścią kultury.

Ta marka od dawna funkcjonowała gdzieś na jej przecięciu.

Zmieniło się raczej samo bieganie.

I WŁAŚNIE TU NEW BALANCE ROBI COŚ DOBRZE

Nie dlatego, że wymyśliło run cluby.

Nie wymyśliło.

Nie dlatego, że jako pierwsze zauważyło społeczność biegową.

Nie zauważyło.

I zdecydowanie nie dlatego, że Run House jest jakąś marketingową rewolucją.

Nie jest.

New Balance jest ciekawe z innego powodu.

Potrafi wejść w istniejącą kulturę bez sprawiania wrażenia, że próbuje ją sobie przywłaszczyć.

Marka jest obecna.

Buty są obecne.

Logo zdecydowanie też jest obecne.

W końcu nadal rozmawiamy o marketingu.

Ale produktem całego wydarzenia nie jest wyłącznie but.

Produktem jest również doświadczenie bycia częścią biegowego weekendu.

I moim zdaniem właśnie to odróżnia sensowne budowanie running culture od postawienia stoiska na expo.

BO TO OCZYWIŚCIE NADAL JEST MARKETING

Nie róbmy z New Balance organizacji charytatywnej wspierającej potrzebujących biegaczy.

To wielka firma.

Chce sprzedawać produkty.

Run House jest marketingiem.

Run Club jest marketingiem.

Cheer Zone jest marketingiem.

I nie ma w tym niczego złego.

Marketing też można robić dobrze albo źle.

Możesz przykleić logo do wszystkiego, co się rusza.

Możesz postawić wielką ściankę.

Możesz wykupić największe stoisko na expo.

A możesz stworzyć miejsce, do którego ludzie będą chcieli przyjść nawet wtedy, kiedy niczego od Ciebie nie potrzebują.

W marcu wszedłem do Run House jako gość, który następnego dnia miał pobiec swój pierwszy półmaraton.

Nie kupiłem tam nagle siedmiu par butów.

Ale zapamiętałem to miejsce.

To chyba całkiem dobry marketing.

RUNNING CULTURE MA SIĘ DOBRZE

Najciekawsze jest chyba to, że żadnej z tych rzeczy tak naprawdę nie potrzebujemy do biegania.

Nie potrzebujesz Run House.

Nie potrzebujesz run clubu.

Nie potrzebujesz shakeoutu, cheer zone, DJ-a ani fotografa dokumentującego sobotni trening.

Potrzebujesz butów i miejsca, po którym możesz biec.

Tyle.

Ale kultura nigdy nie powstaje wyłącznie z rzeczy, których potrzebujemy.

Powstaje z tego, co robimy wokół nich.

Ze spotkań.

Rytuałów.

Miejsc.

Zdjęć.

Historii.

Podróży.

I przede wszystkim z ludzi.

Jeszcze niedawno patrzyliśmy, co dzieje się w Londynie, Paryżu czy Kopenhadze i zastanawialiśmy się, kiedy podobne rzeczy pojawią się u nas.

Dzisiaj coraz częściej nie musimy już czekać.

Polska running culture nie potrzebuje być kopią Londynu.

Nie musi mieć tej samej skali.

Nie musi też nikogo doganiać.

Wystarczy, że rozwija się tutaj, teraz i po swojemu.

A patrząc na to, co dzieje się wokół biegania, trudno już traktować to wszystko jako chwilową modę.

Running culture ma się naprawdę dobrze.

A New Balance jest po prostu bardzo dobrym miejscem, żeby to zobaczyć.

Fotoziomek - podpis autora

DOBRE RZECZY IDĄ DALEJ

SIADŁO?
PODAJ DALEJ.

Znasz kogoś, kogo też to kręci? Podeślij mu ten tekst.