NIKT NIE ZAKOCHAŁ SIĘ W ZDJĘCIU, DLATEGO ŻE MIAŁO 48 MEGAPIKSELI
Premiera nowego telefonu. Więcej megapikseli. Lepszy autofocus. Nowa matryca. Lepsza stabilizacja. Więcej zakresu dynamicznego. Jeszcze lepsze zdjęcia w nocy. I obowiązkowo zdjęcie księżyca. Bo przecież wszyscy fotografujemy księżyc. Apple przy premierze iPhone’a…
Premiera nowego telefonu.
Więcej megapikseli. Lepszy autofocus. Nowa matryca. Lepsza stabilizacja. Więcej zakresu dynamicznego. Jeszcze lepsze zdjęcia w nocy.
I obowiązkowo zdjęcie księżyca.
Bo przecież wszyscy fotografujemy księżyc.
Apple przy premierze iPhone’a 18 Pro zrobiło jednak coś, co spodobało mi się znacznie bardziej.
Zamiast kolejny raz tłumaczyć ludziom, że nowy aparat jest o 13,7% bardziej zajebisty od poprzedniego, dali telefon trzem fotografom.
I powiedzieli:
róbcie swoje.
MYŚL / 01
No dobra, pewnie nie powiedzieli dokładnie tak.
Ale wolę wyobrażać sobie, że tak było.
Trzech fotografów. Jeden telefon.
Tak powstało „What Holds Us”, czyli wystawa fotograficzna otwierana właśnie w Nowym Jorku.
Jej kuratorką została Kathy Ryan, przez lata odpowiedzialna za fotografię w „The New York Times Magazine”, a zdjęcia zrobili Alex Prager, Jack Davison i Jimmy Chin.
Wszystkie iPhone’em 18 Pro.
I wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze?
Po chwili kompletnie przestaje mnie obchodzić, że zostały zrobione iPhone’em.
I chyba właśnie o to chodzi.
Mam problem. Lubię sprzęt.
Niestety.
Mógłbym teraz napisać, że prawdziwego fotografa sprzęt kompletnie nie interesuje.
Tylko byłaby to bzdura.
Sam potrafię pół wieczoru zastanawiać się, czy potrzebuję 85 mm, oglądać sample na Flickrze, porównywać ostrość rogów kadru, których później i tak nikt nie będzie oglądał, i czytać o aparacie, którego jeszcze godzinę wcześniej nawet nie chciałem kupić.
A potem pojawia się recenzent na YouTube i mówi:
„Unfortunately, there’s no open gate.”
I nagle wszyscy jesteśmy smutni.
Mimo że połowa z nas pięć minut wcześniej nie wiedziała, że tego potrzebuje.
Kochamy sprzęt.
Tylko czasami mylimy miłość do sprzętu z miłością do fotografii.
A to jednak nie jest dokładnie to samo.
Jimmy Chin zabrał telefon tam, gdzie ja bałbym się zabrać nawet siebie

Pojechał w góry Bugaboo w Kolumbii Brytyjskiej.
Fotografował wspinaczy, między innymi Conrada Ankera. Góry, skały, lód, śnieg, ogrom przestrzeni i małego człowieka gdzieś pośrodku tego wszystkiego.

Momentami pracował przy wietrze dochodzącym do około 70 mil na godzinę.
I powiedział przy okazji coś bardzo prostego.
W górach każda rzecz, którą zabierasz ze sobą, jest decyzją.
A telefon pozwolił mu przestać myśleć o sprzęcie i skupić się na tym, co miał przed sobą.
To zdanie zostało ze mną najdłużej.
Bo przecież robimy dokładnie odwrotnie.
Kupujemy aparat.
Potem obiektyw.
Potem drugi obiektyw.
Potem torbę na dwa obiektywy.
Potem większą torbę, bo kupiliśmy trzeci.
Filtry.
Baterie.
Ładowarki.
Pasek.
Grip.
Mały statyw.
Duży statyw.
I gdzieś pomiędzy wyborem kolejnej wkładki do plecaka wypadałoby jeszcze zrobić jakieś zdjęcie.
Jack Davison zrobił coś zupełnie innego
Zamiast wielkich gór wszedł bardzo blisko człowieka.
Dłonie.
Skóra.
Glina.
Kreda.
Faktury.
Czarno-białe fotografie, które wyglądają jak jego fotografie, a nie jak „zdjęcia zrobione iPhone’em 18 Pro”.
I to rozróżnienie jest dla mnie ważne.
Davison zwrócił uwagę na jeszcze jedną rzecz.

Kiedy fotografujesz telefonem, nie musisz zasłaniać sobie twarzy aparatem.
Możesz patrzeć na człowieka.
Rozmawiać.
Być bliżej.
Telefon przestaje być ścianą pomiędzy fotografem a fotografowanym.
Brzmi banalnie, dopóki nie przypomnisz sobie, ile razy ktoś zachowywał się zupełnie normalnie, a sekundę po podniesieniu aparatu robił:
🙂👍
I cały moment szlag trafił.
A potem wchodzi Alex Prager
I robi coś jeszcze innego.
Duże, inscenizowane sceny.
Tłum.
Kolory.
Konfetti.

Kadry wyglądające trochę jak stopklatki z filmu, którego nigdy nie widzieliśmy.
Patrzysz i czujesz, że coś wydarzyło się chwilę wcześniej.
Albo wydarzy się za sekundę.
Nie wiesz co.
I bardzo dobrze.
Bo fotografia nie zawsze musi wszystko tłumaczyć.
Czasami może po prostu zostawić Cię z pytaniem.

To chyba jedna z rzeczy, których najbardziej brakuje mi dzisiaj w obrazkach produkowanych pod internet.
Wszystko musi być natychmiast czytelne.
HOOK.
TEKST.
STRZAŁKA.
TRZY SEKUNDY.
NIE SCROLLUJ.
A dobre zdjęcie czasami potrzebuje dokładnie odwrotnego podejścia.
Popatrz chwilę.

No dobra. Ale to przecież reklama.
Oczywiście.
Apple nie odkryło nagle swojej wewnętrznej potrzeby wspierania sztuki.
Ma do sprzedania kilka milionów iPhone’ów 18 Pro.
„What Holds Us” jest częścią marketingu.
Tylko że można sprzedawać aparat, pokazując aparat.
Można pokazać przekrój obiektywu.
Animację przesuwających się soczewek.
Milion wykresów.
48 MP.
Nową zmienną przysłonę.
I pana stojącego nocą na pustyni, który fotografuje Drogę Mleczną, bo najwyraźniej wszyscy robimy to w każdy czwartek.
Albo można pokazać zdjęcia.
I powiedzieć:
zobacz, co ktoś tym zrobił.
To drugie interesuje mnie znacznie bardziej.
Fotografia ma jeden cholernie niewygodny problem
Możesz kupić Leica Q3.
Sony A1.
Hasselblada.
Najdroższy obiektyw świata.
Możesz mieć 100 megapikseli, autofocus rozpoznający lewe oko kolibra z odległości siedmiu kilometrów i zakres dynamiczny pozwalający wyciągnąć szczegóły z czarnej dziury.
A później wychodzisz z domu…
i nadal musisz znaleźć coś wartego sfotografowania.
I tego producent nie może Ci sprzedać.
Może dać Ci lepsze narzędzie.
Ale nie da Ci ciekawości.
Nie da Ci oka.
Nie sprawi, że zaczniesz zauważać rzeczy, obok których wcześniej przechodziłeś.
Nie da Ci historii.
To już, niestety, trzeba ogarnąć samemu.

ajlepszy aparat?
Znamy ten tekst:
„Najlepszy aparat to ten, który masz przy sobie.”
Powtarzaliśmy go tyle razy, że spokojnie można go już drukować na kubkach obok „Live Laugh Love”.
Ale może jest w nim trochę prawdy.
Chociaż powiedziałbym to inaczej.
Najlepszy aparat to ten, o którym podczas robienia zdjęcia przestajesz myśleć.
Jimmy Chin nie zastanawia się nad kilogramami sprzętu.
Jack Davison nie chowa się za aparatem.
Alex Prager buduje swój świat.
Każdy robi kompletnie inne zdjęcia.
Tym samym urządzeniem.
I nagle okazuje się, że najważniejszym elementem całego systemu fotograficznego nie jest matryca.
Jest nim człowiek stojący za nią.
Szokujące, wiem.
I dlatego podoba mi się „What Holds Us”
Nie dlatego, że iPhone 18 Pro robi świetne zdjęcia.
Prawdopodobnie robi.
Nie dlatego, że telefon właśnie „zabił profesjonalne aparaty”.
Nie zabił.
Spokojnie.
Wasze Sony są bezpieczne.
Podoba mi się dlatego, że po kilku minutach oglądania tej wystawy przestaje mieć znaczenie, czym te zdjęcia zostały zrobione.
Zostaje człowiek wiszący gdzieś pośrodku ogromnej góry.
Dłonie zanurzone w glinie.
Tłum ludzi w świecie wymyślonym przez Alex Prager.
Zostają historie.
Światło.
Moment.
Emocje.
Czyli wszystkie te rzeczy, których nie znajdziecie w specyfikacji technicznej.
I może największym osiągnięciem aparatu w iPhonie 18 Pro wcale nie jest zmienna przysłona, 48 megapikseli czy kolejna generacja fotografii obliczeniowej.
Może jest nim moment, w którym patrzysz na dobre zdjęcie i kompletnie zapominasz, czym zostało zrobione.
Bo nikt jeszcze nie zakochał się w zdjęciu dlatego, że było ostre w rogach.
