Design

WYDAŁEM 30K NA APARAT, KTÓREGO NIE POTRZEBOWAŁEM

Smartfon sprawił, że aparat przestał być potrzebny. Więc producenci musieli sprawić, żebyśmy znowu zaczęli go chcieć.

Ricoh właśnie pokazał jubileuszową wersję GR IV.

Technicznie?

To nadal GR IV.

Nie wydarzyła się tutaj żadna fotograficzna rewolucja. Nie pojawiła się matryca, która nagle sprawi, że przestaniesz robić słabe zdjęcia. Nie dostaliśmy autofokusa przewidującego przyszłość ani dodatkowych siedemnastu przystanków dynamiki.

Są za to specjalne detale. Nawiązania do historii GR. Jubileuszowe dodatki. Ograniczona liczba egzemplarzy.

Czy dzięki temu robi lepsze zdjęcia?

Nie.

Czy przez to bardziej go chcę?

No i właśnie tutaj zaczyna się problem.

APARATU JUŻ NIE POTRZEBUJESZ

Przez lata aparat sprzedawał się właściwie sam.

Chcesz robić zdjęcia?

Potrzebujesz aparatu.

Koniec prezentacji.

Potem do kieszeni wszedł smartfon i rozwalił ten układ.

Dzisiaj większość ludzi ma przy sobie aparat przez całą dobę. Robi nim zdjęcia dzieciom, wakacjom, psu, obiadowi, koncertowi i samochodowi zaparkowanemu tak blisko drzwi, że trzeba mieć dowód dla ubezpieczyciela.

Aparat fotograficzny przestał być konieczny.

I paradoksalnie mogło to być jedną z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się fotografii.

Bo skoro producenci nie mogą już powiedzieć:

„potrzebujesz aparatu, żeby robić zdjęcia”

to muszą powiedzieć:

„popatrz tylko na niego. Przecież go chcesz.”

NIE „POTRZEBUJĘ”. „CHCĘ”.

Spójrzcie na aparaty, które dzisiaj wywołują emocje.

Ricoh GR.

Fujifilm X100.

Leica.

Stare cyfrowe kompakty, które jeszcze niedawno leżały w szufladach obok ładowarki do Nokii.

Jarają nas kolory korpusów, fizyczne pokrętła, symulacje filmu, ograniczenia, design, historia, niedostępność i całe doświadczenie fotografowania.

To oczywiście nadal są narzędzia.

Tylko coraz częściej chcemy ich również dlatego, że fajnie jest je mieć.

Brzmi płytko?

Być może.

Ale sneakersy też mają przede wszystkim chronić stopy. Zegarek ma pokazywać godzinę. Samochód przewieźć człowieka z punktu A do B.

Ludzie bardzo rzadko kupują rzeczy wyłącznie dlatego, że ich potrzebują.

I producenci aparatów doskonale zaczęli to rozumieć.

RICOH WŁAŚNIE TO WYKORZYSTUJE

Dlatego jubileuszowy GR jest dla mnie ciekawszy jako zjawisko niż jako premiera sprzętowa.

Ricoh nie musi przekonywać mnie, że ta wersja zrobi lepsze zdjęcie.

Nie zrobi.

Sprzedaje mi coś zupełnie innego.

Historię. Przynależność. Limitowany przedmiot.

Coś, co nie jest już wyłącznie narzędziem do fotografowania.

Trochę jak sneakersowy drop, tylko zamiast kolejnej pary butów dostajesz aparat.

I cholera.

To działa.

Wiem, bo sam zrobiłem coś znacznie głupszego.

Rok temu kupiłem aparat za 30 tysięcy złotych, Leica Q3 43.

I nie będę teraz udawał, że była to chłodna, racjonalna decyzja fotografa, który po dokładnym przeanalizowaniu parametrów doszedł do wniosku, że właśnie tego narzędzia potrzebuje.

Gówno prawda.

Ja tę Leikę po prostu bardzo chciałem mieć.

Marzyłem o niej.

Jarałem się nią.

Chciałem należeć do tego całego trochę mitycznego „klubu Leiki”.

Chciałem czerwonej kropki.

Chciałem tego przedmiotu.

Chciałem też chyba tego uczucia, które miało pojawić się razem z nim.

W końcu ją kupiłem.

I przez chwilę było dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem.

Leica Q3 jest piękna. Jest świetnie wykonana. Ma fantastyczny obiektyw. A zdjęcia, które nią robiłem, rzeczywiście często miały w sobie jakieś „to coś”.

Tylko że wydarzyła się jedna rzecz, której chyba najbardziej nie chciałem przed sobą przyznać.

Nie zacząłem robić więcej zdjęć.

APARAT CZY BIŻUTERIA?

Z czasem Leica coraz mniej była dla mnie aparatem.

Stała się czymś pomiędzy obiektem kultu, drogim gadżetem, biżuterią i dodatkiem do stroju.

Miałem ją.

Lubiłem ją mieć.

Lubiłem na nią patrzeć.

Lubiłem wiedzieć, że jest moja.

Tylko coraz trudniej było mi odpowiedzieć sobie na jedno bardzo proste pytanie:

po co właściwie ją mam?

Bo jeśli wydajesz trzydzieści tysięcy złotych na aparat, który ma sprawić, że będziesz fotografował więcej, a po roku okazuje się, że fotografujesz mniej więcej tyle samo, zaczyna robić się trochę niezręcznie.

Po roku ją sprzedałem.

I wtedy dotarło do mnie, że chyba kupiłem za 30 tysięcy złotych nie aparat, którego potrzebowałem.

Kupiłem wyobrażenie o sobie, które bardzo chciałem mieć.

Fotografa z Leiką.

Brzmi brutalnie.

Ale chyba dokładnie tak było.

PLASTER Z CZERWONĄ KROPKĄ

I tutaj robi się trochę mniej zabawnie.

Bo łatwo wmówić sobie, że następny aparat coś zmieni.

Że będę więcej fotografował.

Że wrócę do robienia zdjęć dla samej przyjemności.

Że zacznę nosić aparat codziennie.

Że znowu poczuję tę ekscytację, którą czułem kiedyś.

Tylko sprzęt bardzo rzadko potrafi naprawić rzeczy, które nie mają ze sprzętem nic wspólnego.

Moja Leica była trochę jak leczenie kompleksów plastrem zamiast porządnego oczyszczenia rany i zadbania o to, żeby się zagoiła.

Tyle że był to bardzo ładny plaster.

Z czerwoną kropką.

Za trzydzieści tysięcy.

I TU POJAWIA SIĘ DRUGA STRONA „CHCĘ”

Łatwo byłoby zakończyć ten tekst stwierdzeniem:

„Świetnie! Aparaty znowu są przedmiotami pożądania!”

I częściowo naprawdę tak uważam.

Wolę świat, w którym producenci eksperymentują z designem, doświadczeniem i charakterem aparatu, niż taki, w którym każda premiera sprowadza się do tabelki z megapikselami.

Tylko moja Leica trochę komplikuje tę historię.

Bo przedmiot może sprawić, że będziesz chciał fotografować.

Ale może też sprawić, że będziesz chciał przede wszystkim posiadać przedmiot, który mówi, że fotografujesz.

A to nie jest to samo.

Między:

„chcę robić nim zdjęcia”

a:

„chcę go mieć”

jest bardzo cienka granica.

I czasami naprawdę trudno zauważyć moment, w którym ją przekraczasz.

Zwłaszcza kiedy po drugiej stronie stoi coś cholernie ładnego.

ALE APARAT NADAL MOŻE BYĆ ZABAWKĄ

I żebyśmy się dobrze zrozumieli.

Nie uważam, że każdy zakup aparatu trzeba uzasadnić tabelką w Excelu.

Wręcz przeciwnie.

Nie każdy aparat musi być racjonalnym zakupem.

Nie każdy musi zastępować poprzedni model.

Nie każdy musi mieć lepszy autofocus o 17 procent, żebyśmy mogli się nim jarać.

Fotografia ma być również przyjemnością.

A sprzęt może być jej częścią.

Czasami wystarczy, że patrzysz na aparat i myślisz:

chcę tym robić zdjęcia.

I jeśli właśnie to „chcę” powoduje, że bierzesz aparat, wychodzisz z domu i fotografujesz, to świetnie.

Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy najbardziej ekscytującą rzeczą w posiadaniu aparatu staje się…

posiadanie aparatu.

SMARTFON WYGRAŁ. I CO Z TEGO?

Smartfon wygrał wojnę o aparat, którego potrzebujemy.

Jest zawsze przy nas.

Jest szybki.

Robi świetne zdjęcia.

I dla ogromnej większości ludzi jest absolutnie wystarczający.

Producenci tradycyjnych aparatów raczej już tej wojny nie wygrają.

Dlatego zaczęli walczyć o coś zupełnie innego.

O aparat, który chcesz zabrać ze sobą, mimo że masz telefon.

Który chcesz położyć na stole.

Którego obsługa daje frajdę.

Który ma charakter.

Który ma historię.

Który sprawia, że coś czujesz.

I patrząc na to, co dzieje się wokół Ricohów, Fujifilm, Leiki i całego powrotu kompaktów, powiedziałbym, że wychodzi im to całkiem nieźle.

Może nawet trochę za dobrze.

Bo smartfon wygrał wojnę o aparat, którego potrzebujemy.

Dlatego producenci zaczęli robić aparaty, których chcemy.

A po swojej przygodzie z Leiką dodałbym do tego już tylko jedno pytanie:

chcesz nim robić zdjęcia czy po prostu chcesz go mieć?

Fotoziomek - podpis autora

DOBRE RZECZY IDĄ DALEJ

SIADŁO?
PODAJ DALEJ.

Znasz kogoś, kogo też to kręci? Podeślij mu ten tekst.