Culture

ZANIM BYŁ NETFLIX, TRZEBA BYŁO ZDĄŻYĆ NA ODCINEK

5 seriali mojego dzieciństwa, które teleportują mnie prosto do lat 90.

Kiedyś serialu się nie „odpalało”.

Serial leciał.

O konkretnej godzinie. W konkretnym dniu. Na konkretnym kanale.

Jak nie zdążyłeś, to nie było „obejrzę później”. Nie było VOD, cofania programu, aplikacji, przypomnienia na telefonie ani przycisku „kontynuuj oglądanie”.

Przegapiłeś?

No to trudno.

Mogłeś najwyżej liczyć, że ktoś nagrał odcinek na VHS. Albo że kiedyś będzie powtórka. Kiedy? Nie wiadomo.

Trzeba było sprawdzić program telewizyjny.

W gazecie.

Gazecie z rozpiską tego, co będzie leciało w telewizji przez cały tydzień. Człowiek brał długopis i zakreślał rzeczy, których nie chciał przegapić.

Spróbujcie to teraz wytłumaczyć komuś, kto przez pół godziny przewija Netflixa, żeby ostatecznie niczego nie obejrzeć.

A przecież właśnie tak oglądałem seriale, które do dziś siedzą mi gdzieś z tyłu głowy.

Niektóre pewnie zestarzały się fatalnie. Inne nadal potrafią się bronić. Ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia.

Bo kiedy myślę o The Fresh Prince of Bel-Air, The X-Files, Beverly Hills, 90210 czy nawet o Dawson’s Creek, nie przypominam sobie tylko fabuły.

Przypominam sobie czas, w którym je oglądałem.

Pokój, w którym stał telewizor. Czekanie na konkretną godzinę. Czołówkę, której się nie pomijało. I to uczucie, że przez następne kilkadziesiąt minut naprawdę nie było niczego ważniejszego.

I chyba właśnie za tym tęsknię najbardziej.

THE FRESH PRINCE OF BEL-AIR

Now this is a story all about how…

Jeśli właśnie przeczytałeś to głosem Willa Smitha, prawdopodobnie jesteśmy z tego samego pokolenia.

The Fresh Prince of Bel-Air był dla mnie jednym z pierwszych kontaktów z Ameryką, która wyglądała kompletnie inaczej niż wszystko dookoła.

Wielki dom. Basen. Kalifornia. Sneakersy. Kolorowe ciuchy. Koszykarskie koszulki. Czapki z daszkiem noszone na wszystkie możliwe sposoby poza normalnym.

I Will Smith.

Dzisiaj prawdopodobnie powiedzielibyśmy, że jego styl był mieszanką streetwearu, preppy i estetyki hip-hopowej początku lat 90.

Wtedy mówiło się po prostu:

ale zajebiście wygląda.

I chyba właśnie The Fresh Prince był jednym z pierwszych momentów, kiedy zacząłem zauważać, że ubrania mogą być czymś więcej niż rzeczami, które zakładasz, żeby nie chodzić nago.

Will wyglądał inaczej.

Mówił inaczej.

Poruszał się inaczej.

Był kompletnym przeciwieństwem świata Banksów, do którego trafił.

Oczywiście oglądałem to głównie dlatego, że było śmieszne. Carlton tańczył. Geoffrey wbijał szpilki wszystkim dookoła. Wujek Phil potrafił jednym spojrzeniem zakończyć połowę odcinka.

Ale pod tym wszystkim było coś jeszcze.

Rodzina, dorastanie, pieniądze, różnice klasowe, rasizm, ojcostwo.

I ten jeden odcinek z ojcem Willa.

If you know, you know!

Nagle sitcom, który chwilę wcześniej robił żarty z Carltona, potrafił uderzyć dokładnie tam, gdzie człowiek zupełnie się tego nie spodziewał.

I chyba dlatego The Fresh Prince of Bel-Air został ze mną na tak długo.

THE X-FILES

A potem robiło się ciemno.

Dosłownie.

Bo najlepiej oglądało się to wieczorem.

Do dzisiaj wystarczy kilka pierwszych dźwięków czołówki The X-Files, żeby mózg automatycznie powiedział:

no dobra, coś tu jest nie tak.

Mulder wierzył.

Scully nie wierzyła.

A ja miałem tyle lat , że po każdym odcinku trochę bardziej podejrzliwie patrzyłem w ciemny korytarz.

Kosmici byli właściwie najmniejszym problemem.

Były mutanty, pasożyty, potwory, eksperymenty, spiski, dziwni ludzie i rzeczy, których zdecydowanie nie powinien oglądać dzieciak przed snem.

Oczywiście oglądałem.

I to był chyba pierwszy serial, który pokazał mi, jak bardzo można pokochać tajemnicę.

Nie wszystko musiało zostać wyjaśnione.

Nie na każde pytanie dostawałeś odpowiedź.

Czasem odcinek się kończył, napisy leciały, a ty nadal siedziałeś z myślą:

ale co ja właściwie przed chwilą zobaczyłem?

Dzisiaj można po takim odcinku wejść na Reddita, przeczytać pięć teorii, obejrzeć trzy filmy na YouTubie i znaleźć wywiad ze scenarzystą tłumaczącym zakończenie.

Wtedy?

Mogłeś pogadać z kumplem następnego dnia.

I tyle.

Resztę robiła wyobraźnia.

Może właśnie dlatego robiło to takie wrażenie.

The truth is out there.

Internetu praktycznie nie było, więc prawdy trzeba było szukać samemu.

DAWSON’S CREEK

I nagle kosmitów zastąpiły problemy zdecydowanie poważniejsze.

Uczucia.

Dawson’s Creek było absolutnie absurdalnym serialem o nastolatkach.

Głównie dlatego, że żaden nastolatek w historii ludzkości nie rozmawiał tak jak bohaterowie Dawson’s Creek.

Dawson miał kilkanaście lat, a czasami mówił, jakby właśnie wrócił z terapii, skończył filozofię i pisał doktorat o naturze relacji międzyludzkich.

My w tym wieku komunikowaliśmy się mniej więcej:

„Idziesz?”

„No.”

„To chodź.”

Ale oglądałem.

I byłem wciągnięty.

Dawson. Joey. Pacey. Jen. Capeside.

Pierwsze miłości, pierwsze rozstania, zazdrość, przyjaźń, seks, rodzice i cały ten emocjonalny bałagan, który wtedy wydawał się najważniejszą rzeczą na świecie.

To również był jeden z tych seriali, które sprzedawały nam pewne wyobrażenie Ameryki.

Małe miasteczko. Dom nad wodą. Szkoła. Łódki. Pomost.

I możliwość wejścia do pokoju dziewczyny przez drabinę stojącą pod oknem bez interwencji policji, rodziców i sąsiada z naprzeciwka.

W Polsce ten ostatni element mógłby być trudniejszy logistycznie.

Zwłaszcza na ósmym piętrze w bloku.

Ale Dawson’s Creek miało coś, czego wtedy potrzebowaliśmy.

Pozwalało przez godzinę być trochę starszym.

Podejrzeć świat ludzi, którzy przeżywali rzeczy, które dopiero miały nam się przydarzyć.

Nawet jeśli robili to przy pomocy dialogów, których normalny człowiek nie byłby w stanie wypowiedzieć bez wcześniejszego przygotowania notatek.

THE A-TEAM

Tu nie będę nawet próbował udawać intelektualisty.

Kochałem The A-Team.

Tak, wiem.

Serial wystartował w latach 80.

Nie obchodzi mnie to.

Moje dzieciństwo oglądało go w latach 90., więc jest na tej liście i proszę opuścić posiedzenie komisji historycznej.

Hannibal.

Face.

Murdock.

B.A.

I oczywiście van.

Ten cholerny czarno-czerwony GMC był dla dzieciaka jednym z najfajniejszych samochodów istniejących na planecie.

Fabuła każdego odcinka była mniej więcej taka sama.

Ktoś miał problem.

Pojawiała się Drużyna A.

Hannibal wymyślał plan.

Plan przestawał działać.

Następowała gigantyczna strzelanina.

Samochód wykonywał salto.

Coś wybuchało.

Dwadzieścia osób strzelało do siebie przez pięć minut.

Nikt nie ginął.

Hannibal odpalał cygaro.

Koniec.

Arcydzieło.

Dzisiaj prawdopodobnie po dziesięciu minutach zacząłbym zadawać pytania.

Dlaczego oni nigdy nikogo nie trafiają?

Dlaczego każdy samochód po najechaniu na skrzynkę wykonuje obrót o 720 stopni?

Skąd w opuszczonej stodole spawarka, blacha pancerna i wszystkie części potrzebne do zbudowania pojazdu bojowego?

Ale dziecięcy ja miał na to wszystko jedną odpowiedź:

zamknij się, B.A. właśnie rozwala drzwi.

I wiecie co?

Trochę tęsknię za takim oglądaniem.

BEVERLY HILLS, 90210

Zanim Instagram zaczął codziennie pokazywać nam, jak wyglądają domy, samochody, szkoły i śniadania ludzi mieszkających po drugiej stronie świata, mieliśmy Beverly Hills, 90210.

I z perspektywy dzieciaka z Polski to nie był zwykły serial.

To był reportaż z innej planety.

Brandon.

Brenda.

Dylan.

Kelly.

Donna.

David.

Steve.

Liceum wyglądało jak kampus wakacyjny.

Nastolatki jeździły samochodami.

Domy miały baseny.

Ludzie spotykali się na plaży po szkole.

I wszyscy wyglądali, jakby przed matematyką zdążyli jeszcze zrobić sesję zdjęciową do katalogu.

Tymczasem człowiek wychodził rano z domu, było minus siedem, autobus właśnie odjechał, a największym wydarzeniem dnia mogło być to, że w szkolnym sklepiku pojawiły się nowe chipsy.

Trochę inny lifestyle.

Ale właśnie dlatego oglądaliśmy.

Beverly Hills, 90210 sprzedawało marzenie o Ameryce równie skutecznie jak MTV, Nike i filmy z Hollywood.

Tyle że robiło to co tydzień.

I oczywiście z dzisiejszej perspektywy widzę tam rzeczy, których wtedy kompletnie nie zauważałem.

Ten serial też opowiadał o dorastaniu, presji, seksie, używkach, pieniądzach, rodzinach i całej masie rzeczy, które pod błyszczącą powierzchnią Beverly Hills wcale błyszczące nie były.

Ale dziecięcy ja miał nieco prostsze wnioski:

Dylan był gościem.

I chyba wystarczy.

NAJGORSZE W TYM WSZYSTKIM JEST TO, ŻE NIE TĘSKNIĘ ZA TYMI SERIALAMI

No dobra.

Trochę tęsknię.

Ale chyba bardziej tęsknię za sposobem, w jaki je oglądaliśmy.

Za tym, że na coś się czekało.

Że nowy odcinek naprawdę był wydarzeniem.

Że nie można było w piątek wieczorem połknąć całego sezonu, a w sobotę rano nie pamiętać imienia połowy bohaterów.

Nie mieliśmy wszystkiego.

I właśnie dlatego rzeczy, które mieliśmy, potrafiły być cholernie ważne.

Nie twierdzę przy tym, że kiedyś było lepiej.

Nie było.

Streaming jest genialny. Możliwość obejrzenia praktycznie dowolnego filmu czy serialu wtedy, kiedy mamy na to ochotę, jest czymś, za co dziecięcy ja prawdopodobnie oddałby pół kolekcji kaset VHS.

Ale coś przy okazji zgubiliśmy.

Czekanie.

Ekscytację.

Ten moment, kiedy orientowałeś się, że jest 19:58 i za dwie minuty zaczyna się TEN serial.

Nie było telefonu w ręce.

Nie było drugiego ekranu.

Nie sprawdzałeś w połowie odcinka, kto gra tego aktora, ile ma lat, gdzie wcześniej występował i czy przypadkiem nie rozwiódł się trzy lata później.

Po prostu oglądałeś.

A następnego dnia ktoś w szkole pytał:

„Widziałeś wczoraj?”

Jeżeli widziałeś, zaczynała się rozmowa.

Jeżeli nie?

No cóż.

Trzeba było zdążyć na odcinek.

Fotoziomek - podpis autora

DOBRE RZECZY IDĄ DALEJ

SIADŁO?
PODAJ DALEJ.

Znasz kogoś, kogo też to kręci? Podeślij mu ten tekst.